Al chet
Ciężko mi wlec za sobą
grzechy w tułaczym worze
jestem już słaby i stary
wciąż słabszy… przebacz mi Boże…
Już uwierzyłem światu
i kajam się teraz w pokorze
ciężko i duszno mi… ratuj…
może to prawda… Boże…
Patrz - rzucają kamienie…
Widzisz - drzewa mi łamią…
Słyszysz - plwają, złorzeczą
przebacz mi, może nie kłamią…
Ja zatruwam w studniach wodę — —
Ja sprowadzam złą pogodę — —
Ja uroki znam na trzodę — —
Mijają lata i lata
i zmienia się obraz świata
Kultura, światło i postęp
a dla nich wciąż takie proste…
Ja mam lochy tajemnicze — —
ja nocami złoto liczę — —
wojny robi się naprędce
kiedy zechcą Sjonu mędrce
Wielki Paskarz - Wielki Mag
rewolucja — gdy dam znak…
ja to burżuazja — wyzysk
ja światowy jestem kryzys
jestem chasyd, zwalczam Boga
komunista ja i bogacz
wszystko zło z całego świata
w jednym sercu mym się splata
Nadal grabię, dławię po to,
by w piwnicach zbierać złoto
Świat zdobędzie złote runo
jeśli tylko mnie usuną
wiecznie ja — beczka prochu
na ogłuszanie motłochu…
Drażnię pałace i strzechy — —
Drażnię słowem i gestem — —
Przebacz mi Boże te grzechy…
Przebacz mi Boże, że j e s t e m.
Autorem wiersza jest Władysław Szlengel (1912-1943).
Al chet z języka hebrajskiego oznacza „Za grzech”.
Blog o przyrodniczych (i nie tylko) inicjatywach podejmowanych w szkole oraz różnych innych sprawach ważnych i wartych uwagi z mojego punktu widzenia.
sobota, 13 października 2018
czwartek, 13 września 2018
czwartek, 6 września 2018
LAS RZUCHOWSKI
„To miejsce jest tak głęboko przepełnione przeraźliwym krzykiem oraz wołaniem o zachowanie i przetrwanie ludzkiego życia. Wołaniem o to, co najważniejsze tu, na ziemi, w życiu doczesnym (…) Pamiętajmy o wadze życia i miłości do drugiego człowieka. Nie dajmy w sobie zasiać ziarna nienawiści i duchowej pustki”.
Takie słowa rozbrzmiały we wtorek (5.09) w lesie rzuchowskim. Wypowiedział je Burmistrz Miasta Dąbie – Tomasz Ludwicki – jeden ze współgospodarzy uroczystości upamiętniającej wszystkich zamordowanych w byłym niemieckim Obozie Zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem. Mordowano tam też mieszkańców Gostynina.
Uroczystość zgromadziła przedstawicieli władz lokalnych, reprezentantów urzędu wojewódzkiego i marszałkowskiego województwa wielkopolskiego, przedstawicieli duchowieństwa katolickiego i protestanckiego, nauczycieli i uczniów różnych typów szkół oraz okolicznych mieszkańców.
Organizacja tegorocznych uroczystości przypadła w udziale Urzędowi Gminy w Grzegorzewie i Parafii Rzymsko-Katolickiej w Chełmnie. Głównym akcentem tego wydarzenia była Msza święta celebrowana przez Biskupa Wiesława Alojzego Meringa. Wśród osób zaangażowanych w przygotowanie uroczystości był też gostyninianin – Pan Piotr Ostrowski.
Wspomniany Obóz Kulmhof w Chełmnie nad Nerem był miejscem zagłady głównie ludności żydowskiej z, utworzonego przez Niemców na ziemiach polskich, Kraju Warty. Decyzja o rozwiązaniu tzw. „kwestii żydowskiej” w Kraju Warty zapadła latem 1941 roku. W pierwszym okresie istnienia obozu (od grudnia 1941 do kwietnia 1943 roku) eksterminacji dokonywano w samochodach będących mobilnymi komorami gazowymi. Ciała ofiar wywożono do pobliskiego lasu rzuchowskiego. Latem 1942 r. wskutek zagrożenia epidemiologicznego spowodowanego rozkładaniem się ciał w masowych grobach wstrzymano transporty śmierci. Zwłoki wydobywano z grobów i palono je w polowych krematoriach. Las rzuchowski był też miejscem zagłady gostynińskich Żydów. Mordowano tam gostyninian, którzy już od 1940 roku byli wywożeni do obozów pracy przymusowej, w tym do Konina-Czarkowa oraz wszystkich wywiezionych z Gostynina podczas akcji likwidacji getta w kwietniu 1942 roku. Oni wszyscy mieli swoje historie i imiona. Pamięć o nich nie powinna być jedynie statystyką przytaczaną podczas omawiania nazistowskiej machiny zagłady. Ocalały z Holokaustu, pochodzący z Sannik, Rabi Jehoszua Mosze Aaronson trafił do obozu pracy w Koninie-Czarkowie właśnie z Gostynina. W dzienniku Megilot „beit ha-awadim” be Konin (Zwój „domu niewoli” w Koninie) relacjonuje, że w marcową noc 1942 roku „żydowskie dzielnice powiatu gostynińskiego wypełniły się niemieckimi żołnierzami i odgłosem krzyków: «Mężczyźni – wychodzić!». Potem opisuje transport z Sanniki, przez Gąbin, do Gostynina: „W Gostyninie prowadzą nas do polskiego kościoła, gdzie już zebrali się gostynińscy mężczyźni. Przez całą noc bito ich, przeszukiwano i ograbiano z pieniędzy i rzeczy. Starzy i chorzy pozostali w kościele, a resztę niebawem zaprowadzono na dworzec. Z oddali słychać jeszcze krzyki ich bliskich, którzy pozostali jako wdowy i sieroty…”. W tym samym dzienniku, pod datami: 9 kwietnia, 11 maja i 8 lipca 1942 roku, Jehoszua Aaronson wymienia 57 gostyninian wywiezionych z Czarkowa do Chełmna – miejsca kaźni. Obok imienia i nazwiska pojawia się tylko data urodzenia i jedno z dwóch słów: kawaler lub żonaty. Najstarszy na tej liście – Simcha Zeidman – miał 63 lata, najmłodszy – Zalman Przygoda – zaledwie lat 9.
Moim pragnieniem jest, aby pamięć o wielokulturowej przeszłości Gostynina – również o tej tragicznej z czasu II wojny światowej – stała się ważnym składnikiem budowania społeczeństwa opartego na szacunku do drugiego człowieka. Z pełną świadomością różnic istniejących na wielu płaszczyznach. Sądzę, że ocalenie od zapomnienia obecności gostynińskich Żydów w historii naszego miasta jest ważnym elementem budowania naszej tożsamości. Czy nam się to uda? Taką mam nadzieję.
Takie słowa rozbrzmiały we wtorek (5.09) w lesie rzuchowskim. Wypowiedział je Burmistrz Miasta Dąbie – Tomasz Ludwicki – jeden ze współgospodarzy uroczystości upamiętniającej wszystkich zamordowanych w byłym niemieckim Obozie Zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem. Mordowano tam też mieszkańców Gostynina.
Uroczystość zgromadziła przedstawicieli władz lokalnych, reprezentantów urzędu wojewódzkiego i marszałkowskiego województwa wielkopolskiego, przedstawicieli duchowieństwa katolickiego i protestanckiego, nauczycieli i uczniów różnych typów szkół oraz okolicznych mieszkańców.
Organizacja tegorocznych uroczystości przypadła w udziale Urzędowi Gminy w Grzegorzewie i Parafii Rzymsko-Katolickiej w Chełmnie. Głównym akcentem tego wydarzenia była Msza święta celebrowana przez Biskupa Wiesława Alojzego Meringa. Wśród osób zaangażowanych w przygotowanie uroczystości był też gostyninianin – Pan Piotr Ostrowski.
Wspomniany Obóz Kulmhof w Chełmnie nad Nerem był miejscem zagłady głównie ludności żydowskiej z, utworzonego przez Niemców na ziemiach polskich, Kraju Warty. Decyzja o rozwiązaniu tzw. „kwestii żydowskiej” w Kraju Warty zapadła latem 1941 roku. W pierwszym okresie istnienia obozu (od grudnia 1941 do kwietnia 1943 roku) eksterminacji dokonywano w samochodach będących mobilnymi komorami gazowymi. Ciała ofiar wywożono do pobliskiego lasu rzuchowskiego. Latem 1942 r. wskutek zagrożenia epidemiologicznego spowodowanego rozkładaniem się ciał w masowych grobach wstrzymano transporty śmierci. Zwłoki wydobywano z grobów i palono je w polowych krematoriach. Las rzuchowski był też miejscem zagłady gostynińskich Żydów. Mordowano tam gostyninian, którzy już od 1940 roku byli wywożeni do obozów pracy przymusowej, w tym do Konina-Czarkowa oraz wszystkich wywiezionych z Gostynina podczas akcji likwidacji getta w kwietniu 1942 roku. Oni wszyscy mieli swoje historie i imiona. Pamięć o nich nie powinna być jedynie statystyką przytaczaną podczas omawiania nazistowskiej machiny zagłady. Ocalały z Holokaustu, pochodzący z Sannik, Rabi Jehoszua Mosze Aaronson trafił do obozu pracy w Koninie-Czarkowie właśnie z Gostynina. W dzienniku Megilot „beit ha-awadim” be Konin (Zwój „domu niewoli” w Koninie) relacjonuje, że w marcową noc 1942 roku „żydowskie dzielnice powiatu gostynińskiego wypełniły się niemieckimi żołnierzami i odgłosem krzyków: «Mężczyźni – wychodzić!». Potem opisuje transport z Sanniki, przez Gąbin, do Gostynina: „W Gostyninie prowadzą nas do polskiego kościoła, gdzie już zebrali się gostynińscy mężczyźni. Przez całą noc bito ich, przeszukiwano i ograbiano z pieniędzy i rzeczy. Starzy i chorzy pozostali w kościele, a resztę niebawem zaprowadzono na dworzec. Z oddali słychać jeszcze krzyki ich bliskich, którzy pozostali jako wdowy i sieroty…”. W tym samym dzienniku, pod datami: 9 kwietnia, 11 maja i 8 lipca 1942 roku, Jehoszua Aaronson wymienia 57 gostyninian wywiezionych z Czarkowa do Chełmna – miejsca kaźni. Obok imienia i nazwiska pojawia się tylko data urodzenia i jedno z dwóch słów: kawaler lub żonaty. Najstarszy na tej liście – Simcha Zeidman – miał 63 lata, najmłodszy – Zalman Przygoda – zaledwie lat 9.
Moim pragnieniem jest, aby pamięć o wielokulturowej przeszłości Gostynina – również o tej tragicznej z czasu II wojny światowej – stała się ważnym składnikiem budowania społeczeństwa opartego na szacunku do drugiego człowieka. Z pełną świadomością różnic istniejących na wielu płaszczyznach. Sądzę, że ocalenie od zapomnienia obecności gostynińskich Żydów w historii naszego miasta jest ważnym elementem budowania naszej tożsamości. Czy nam się to uda? Taką mam nadzieję.
sobota, 18 sierpnia 2018
MARATON I MOSTY PRZYJAŹNI
![]() |
| Łukasz Wilk na mecie maratonu w 2017 roku |
Tymczasem wiele lat wcześniej pewien Beniaminita pokonał odległość 42 km, aby przekazać informację z pola bitwy. Beniaminita? A kto to taki i jaka historia wiąże się z tą postacią?
Początek, będącej częścią Tanachu (Biblii hebrajskiej), Pierwszej Księgi Samuela opisuje tragiczne w historii Izraela wydarzenie. Odwieczni wrogowie Izraelitów – Filistyni – zadali potomkom Abrahama dotkliwy cios. W bitwie, która rozegrała się w okolicy Eben-Haezer (dzisiejsze Rosh Ha’ayin) śmierć poniosło, zgodnie z przekazem biblijnym, „trzydzieści tysięcy pieszych”. Ale największą tragedią było to, że Arka Przymierza JHWH znalazła się w rękach nieprzyjaciela. Z pola walki naznaczonego krwią poległych Izraelitów uciekł, jak zapisał autor biblijny, „pewien Beniaminita”. Gdy dotarł do Szilo „jego ubranie było podarte, a głowę pokrywał kurz”. Przebył długą drogę i przekazał kapłanowi Helemu, który sprawował sądy nad Izraelem przez czterdzieści lat, dramatyczne wieści: „lud poniósł wielką klęskę. Twoi synowie, Chofni i Pinchas, nie żyją, a Arkę Boga zabrano”. Zgodnie z tradycją tym Beniaminitą był młody król Saul (panował ok. 1026-1004 p.n.e). Kiedy wiele stuleci później zmierzono odległość pomiędzy Eben-Haezer a Szilo okazało się, że wynosi ona 42 km – czyli tyle, ile oficjalna długość maratonu olimpijskiego.
Na pamiątkę tego biblijnego wydarzenia rozgrywany jest „The Bible Marathon”. W ubiegłym roku metę biegu jako pierwszy, przy dźwiękach szofaru, pokonał Polak – Łukasz Wilk. Na trudnej górzystej trasie uzyskał czas 3:23:25. To było jego pierwsze maratońskie zwycięstwo w życiu. Dla Pana Łukasza Wilka udział w biegu był także okazją do budowania mostów przyjaźni na linii Polska-Izrael. W rozmowie z dziennikarzami Jerusalem Post wyznał: „Jestem bardzo zakochany w Izraelu i narodzie żydowskim”.
Jaki będzie finał tegorocznego biegu w Izraelu? Zobaczymy. Datę biegu organizatorzy wyznaczyli na dzień 28 września. Czy tegoroczna edycja będzie kolejną okazją do zamanifestowania przyjaźni polsko-izraelskiej? Czas pokaże!
wtorek, 7 sierpnia 2018
ODPADY NASZE POWSZEDNIE...
Antoine Repessé zbierał przez kilka lat odpady, które użył potem jako rekwizyty w serii zdjęć zatytułowanej #365 Unpacked. W ciągu 4 lat fotograf z Lille zgromadził ponad 70 metrów sześciennych śmieci segregowanych, w tym m.in. 1600 butelek po mleku, 4800 rurek od papieru toaletowego i 800 kg gazet.
Źródło: https://www.worldphoto.org/sony-world-photography-awards/winners-galleries/2016/professional/shortlisted/campaign/antoine
Źródło: https://www.worldphoto.org/sony-world-photography-awards/winners-galleries/2016/professional/shortlisted/campaign/antoine
czwartek, 19 lipca 2018
NIHIL NOVI
WŁADYSŁAW SZLENGEL
Nihil Novi
Idę swoją smutną drogą
dwa tysiące lat
a za mną w ślad
co dzień
wlecze się jak cień –
litania bezecna i zła
– że zatruwam w studniach wodę
– że sprowadzam złą pogodę
– że uroki znam na trzodę
– że kradnę z świątyń krzyże złote
– by je oplwać zmieszać z błotem
– by je sprzedać drogo potem
– krwawy haracz Bogu płacę
– krwią dziecinną mieszam macę
– i na każde swoje święta
– kradnę blade pacholęta
– by wyłupać martwe oczy
– i serdecznej krwi utoczyć...
mijają lata i lata
i zmienia się obraz świata
kultura światło postęp
a dla was to wciąż takie proste:
– że mam lochy tajemnicze
– że nocami złoto liczę
– wojny robi się na prędce
– kiedy zechcą Syjonu Mędrce
Wielki Paskarz – Wielki Mag
rewolucja – gdy dam znak!
lecą w przepaść kalendarze
tyle zdarzeń tyle zdarzeń
bajdy i przesądy giną
przyszło radio tempo kino
ludzkość się nad wszystkim głowi
tylko ze mną.....
nihil novi:
– ja – to burżuazja wyzysk
– ja światowy jestem kryzys
– komunista ja i bogacz
– jestem chasyd – zwalczam Boga
– wszystko zło z całego świata
– w jednym sercu mym się splata
– nadal grabię dławię po to
– by w piwnicach chować zło
– świat zdobędzie złote runo
– jeśli tylko mnie usuną
– wiecznie ja – beczka prochu
– ... na ogłuszenie motłochu
a ja?...
żyję
przykre prawda? nawet wstyd
lecz ja tak na złość
wiadomo
Żyd
Nasz Przegląd, 18. 07. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
Nihil Novi
Idę swoją smutną drogą
dwa tysiące lat
a za mną w ślad
co dzień
wlecze się jak cień –
litania bezecna i zła
– że zatruwam w studniach wodę
– że sprowadzam złą pogodę
– że uroki znam na trzodę
– że kradnę z świątyń krzyże złote
– by je oplwać zmieszać z błotem
– by je sprzedać drogo potem
– krwawy haracz Bogu płacę
– krwią dziecinną mieszam macę
– i na każde swoje święta
– kradnę blade pacholęta
– by wyłupać martwe oczy
– i serdecznej krwi utoczyć...
mijają lata i lata
i zmienia się obraz świata
kultura światło postęp
a dla was to wciąż takie proste:
– że mam lochy tajemnicze
– że nocami złoto liczę
– wojny robi się na prędce
– kiedy zechcą Syjonu Mędrce
Wielki Paskarz – Wielki Mag
rewolucja – gdy dam znak!
lecą w przepaść kalendarze
tyle zdarzeń tyle zdarzeń
bajdy i przesądy giną
przyszło radio tempo kino
ludzkość się nad wszystkim głowi
tylko ze mną.....
nihil novi:
– ja – to burżuazja wyzysk
– ja światowy jestem kryzys
– komunista ja i bogacz
– jestem chasyd – zwalczam Boga
– wszystko zło z całego świata
– w jednym sercu mym się splata
– nadal grabię dławię po to
– by w piwnicach chować zło
– świat zdobędzie złote runo
– jeśli tylko mnie usuną
– wiecznie ja – beczka prochu
– ... na ogłuszenie motłochu
a ja?...
żyję
przykre prawda? nawet wstyd
lecz ja tak na złość
wiadomo
Żyd
Nasz Przegląd, 18. 07. 1937
(Biblioteka Narodowa, Jerozolima)
poniedziałek, 11 czerwca 2018
KOSZMAR WOJNY I TRUDNA LEKCJA HISTORII
Film pt. „1914-18: Triumf okrucieństwa i absurdu” to dokument ukazujący koszmar I wojny oczami francuskiego żołnierza.
Jak pisze Norman Davies w książce pt. „Europa. Rozprawa historyka z historią”, w czasie I wojny światowej „poległo ponad 10 milionów żołnierzy – przeważnie młodych, żonatych mężczyzn lub kawalerów. Nazwano ich «straconym pokoleniem». Ciężar ich służby wojskowej, ich śmierci, ich ran spadł na barki rodzin, szczególnie kobiet. Pracowały w fabrykach amunicji i w biurach oraz wykonywały wiele zajęć, które dotąd były dla nich niedostępne: były motorniczymi, dyrektorami, wydawcami gazet (…) europejskim kobietom udało się, jak nigdy dotychczas, wydostać się spod ochronnego klosza domu i rodziny. Świadectwem tej przemiany stal się szeroki ruch na rzecz emancypacji. Ale koszty społeczne i psychiczne były ogromne. Odpowiednikiem straconego pokolenia młodych mężczyzn stało się porzucone pokolenie młodych wdów i samotnych starych panien, których szansa na znalezienie życiowego partnera leżała pogrzebana w błocie okopów razem ze szczątkami mężczyzn, których niegdyś kochały”.
We wspomnianym filmie można usłyszeć takie słowa:
„Nienawiść, straszne słowo, ale nagle staje się modne (…) Wszyscy próbują nam wmówić nienawiść do wroga. Rozpoczyna się szeroko zakrojona nagonka: «Te luterańskie diabły są wyjątkowo brutalne wobec księży, których oskarżają o podżeganie do oporu». Gazety dokładają swoje, twierdzą, że Niemcy odcinają dzieciom ręce. Wraca stara historyjka jak to cywilizowany naród musi walczyć z barbarzyńcami. Ale gwałty są prawdziwe. Każdy żołnierz na myśl, że ktoś tknie jego żonę wpada w szał. Na temat propagandy żołnierze maja podzielone zdania. Obejrzałem film, który był paskudnym montażem najgorszych scen. W filmie pełno jest słów typu: «niemiecka kultura jest grubiańska i toporna. To brutale o brzydkich twarzach». Prasa jest tym zachwycona, ale słowa o niższości rasy wrogów w ustach naszego rządu sprawiają, że aż się gotuje. Po drugiej stronie zawsze są dzikusy, jakie to dla nich proste: «Niemcy mają inny zapach ciała niż my. Ich oddech i fekalia wydzielają przerażający smród. Nie panują nad tym. Niemcy śmierdzą jak skunksy».
Wojna to doskonała okazja do organizowania krucjaty przeciwko antychrystowi: «Ten drań niszczy krzyże, bombarduje kościoły i katedry, a nawet profanuje gotyckie dzieła sztuki. To na pewno robota pogan i niewiernych, których należy nienawidzić z całego serca i całej duszy». Nigdy nie zapomnę kazania arcybiskupa Londynu. Gdybym był wierzący spaliłbym się ze wstydu, ale straciłem wszelką wiarę, więc tylko splunąłem z obrzydzeniem. Właśnie taka jest wojna: łzy i plwociny. «Jesteście obrońcami cywilizacji, siłami dobra przeciwko siłą zła. Ta wojna, to prawdziwa krucjata. Zapewniam was, Niemcy nie zachowują się tak jak my. Nie myślą jak my i nie są jak my dziećmi Boga. To oni bombardują miasta, w których żyją niewinni cywile. Zasłaniają się kobietami i dziećmi. Czy tak postępują dzieci Boga? Z Bożą pomocą musicie zabijać Niemców. Dobrych i złych. Młodych i starych. Zabijcie ich wszystkich!»”.
Jak pisze Norman Davies w książce pt. „Europa. Rozprawa historyka z historią”, w czasie I wojny światowej „poległo ponad 10 milionów żołnierzy – przeważnie młodych, żonatych mężczyzn lub kawalerów. Nazwano ich «straconym pokoleniem». Ciężar ich służby wojskowej, ich śmierci, ich ran spadł na barki rodzin, szczególnie kobiet. Pracowały w fabrykach amunicji i w biurach oraz wykonywały wiele zajęć, które dotąd były dla nich niedostępne: były motorniczymi, dyrektorami, wydawcami gazet (…) europejskim kobietom udało się, jak nigdy dotychczas, wydostać się spod ochronnego klosza domu i rodziny. Świadectwem tej przemiany stal się szeroki ruch na rzecz emancypacji. Ale koszty społeczne i psychiczne były ogromne. Odpowiednikiem straconego pokolenia młodych mężczyzn stało się porzucone pokolenie młodych wdów i samotnych starych panien, których szansa na znalezienie życiowego partnera leżała pogrzebana w błocie okopów razem ze szczątkami mężczyzn, których niegdyś kochały”.
We wspomnianym filmie można usłyszeć takie słowa:
„Nienawiść, straszne słowo, ale nagle staje się modne (…) Wszyscy próbują nam wmówić nienawiść do wroga. Rozpoczyna się szeroko zakrojona nagonka: «Te luterańskie diabły są wyjątkowo brutalne wobec księży, których oskarżają o podżeganie do oporu». Gazety dokładają swoje, twierdzą, że Niemcy odcinają dzieciom ręce. Wraca stara historyjka jak to cywilizowany naród musi walczyć z barbarzyńcami. Ale gwałty są prawdziwe. Każdy żołnierz na myśl, że ktoś tknie jego żonę wpada w szał. Na temat propagandy żołnierze maja podzielone zdania. Obejrzałem film, który był paskudnym montażem najgorszych scen. W filmie pełno jest słów typu: «niemiecka kultura jest grubiańska i toporna. To brutale o brzydkich twarzach». Prasa jest tym zachwycona, ale słowa o niższości rasy wrogów w ustach naszego rządu sprawiają, że aż się gotuje. Po drugiej stronie zawsze są dzikusy, jakie to dla nich proste: «Niemcy mają inny zapach ciała niż my. Ich oddech i fekalia wydzielają przerażający smród. Nie panują nad tym. Niemcy śmierdzą jak skunksy».
Wojna to doskonała okazja do organizowania krucjaty przeciwko antychrystowi: «Ten drań niszczy krzyże, bombarduje kościoły i katedry, a nawet profanuje gotyckie dzieła sztuki. To na pewno robota pogan i niewiernych, których należy nienawidzić z całego serca i całej duszy». Nigdy nie zapomnę kazania arcybiskupa Londynu. Gdybym był wierzący spaliłbym się ze wstydu, ale straciłem wszelką wiarę, więc tylko splunąłem z obrzydzeniem. Właśnie taka jest wojna: łzy i plwociny. «Jesteście obrońcami cywilizacji, siłami dobra przeciwko siłą zła. Ta wojna, to prawdziwa krucjata. Zapewniam was, Niemcy nie zachowują się tak jak my. Nie myślą jak my i nie są jak my dziećmi Boga. To oni bombardują miasta, w których żyją niewinni cywile. Zasłaniają się kobietami i dziećmi. Czy tak postępują dzieci Boga? Z Bożą pomocą musicie zabijać Niemców. Dobrych i złych. Młodych i starych. Zabijcie ich wszystkich!»”.
wtorek, 5 czerwca 2018
czwartek, 31 maja 2018
NEVER WALK ALONE
O błędach Lorisa Kariusa, bramkarza F.C. Liverpool, które popełnił w meczu finałowym Ligi Mistrzów napisano bardzo wiele. Kiedy jeden z moich znajomych napisał na swojej Facebookowej tablicy coś w stylu, że „bramkarz Liverpoolu powinien zostać dyscyplinarnie wyrzucony”, przypomniałem sobie historię Jerzego Dudka – też zawodnika The Reds.
Jego pierwszy sezon w Lidze Angielskiej (2001/ 2002) był bardzo udany. Następny zaczął się też pomyślnie, lecz później, nasz reprezentacyjny bramkarz, miał kilka wpadek. Największą zaliczył w meczu z Manchesterem United. Jamie Carragher w polu karnym zagrał głową do Dudka, jednak piłka prześlizgnęła mu się między nogami i Diego Forlan z bliska strzelił do pustej bramki. Angielskie gazety publikowały zdjęcia tej nieporadnej interwencji. Wydawcy prześcigali się w wymyślnych i drwiących tytułach. W rezultacie Jerzy Dudek został odsunięty od gry i posadzony na ławce rezerwowych. Ale to nie był koniec jego kariery. Bramkarz nie poddał się, ciężko pracował na treningach by znów osiągnąć sukces. Kiedy w sezonie 2004/2005 był odsuwany z gry, nie rezygnował, trenował wytrwale i trud się opłacił. Jerzy Dudek sięgnął, ze swoją klubową drużyną F.C. Liverpool, po puchar Ligii Mistrzów.
Gdy Jerzy Dudek przeżywał trudne chwile w swojej zawodowej karierze, piłkarze The Reds założyli koszulki z napisem: „Jurek jesteśmy z tobą”. Ta postawa była odzwierciedleniem filozofii klubu, którego hymn głosi: „Więc idź poprzez deszcz, idź poprzez wiatr – nawet, gdy twoje marzenia zostaną zniszczone i rozwiane. Idź naprzód, z nadzieją w sercu. Nigdy nie będziesz szedł sam”.
Porażki, choć tego nie chcemy, to jeden z elementów naszego życia. Wraz z nimi pojawia się zniechęcenie. Mnożą się wątpliwości: „Czy nadaję się do tego, co robię?”, „A może trzeba dać sobie spokój…”. Także w chrześcijańskim życiu i służbie pojawiają się okresy, o których wolelibyśmy zapomnieć. Przynajmniej ja tak miewam. Czasami doświadczamy „wpadek” i puszczamy „szmaty” (używając terminów piłkarskich). Wzlatujemy jak orły lecz kończymy jak krety – z nosem w ziemi.
Batalia ze zniechęceniem, które towarzyszy niepowodzeniom w różnych dziedzinach życia, jest jedną z największych bitew, jakie musimy staczać. W wirze tej batalii jakże ważna może okazać się rola innych chrześcijan, aby wrócić na „szczyt” i do miejsca użyteczności. Mnie też dane było doświadczyć pomocy przyjaznych ludzi w sytuacji osamotnienia, zniechęcenia czy frustracji wynikającej z niepowodzeń. Ich postawa była praktycznym wyrazem słów Pawła: „Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnijcie zakon Chrystusowy”. Porażka, rezygnacja, zmęczenie, słabość, niezdarność, osamotnienie, brak powodzenia, to niektóre rodzaje brzemion, które nosimy. Tekst biblijny zachęca nas, abyśmy byli gotowi zaangażować się w pomoc tym, którzy doświadczają tego typu rzeczy. Sam też potrzebuję uczyć się takiej właśnie postawy. Łatwiej krytykować niż zachęcać. Prościej drwić z niepowodzeń niż podać pomocną dłoń…
Oby w naszym życiu więcej było takich osób, które w obliczu porażek, jakie ponieśliśmy będą śpiewać nam słowa tej pieśni: „Więc idź poprzez deszcz, idź poprzez wiatr – nawet, gdy twoje marzenia zostaną zniszczone i rozwiane. Idź naprzód, z nadzieją w sercu. Nigdy nie będziesz szedł sam”. Tych słów muszę się także nauczyć, aby okazać wsparcie innym, doświadczającym bólu niepowodzenia w sprawach stanowiących treść ich życia.
Jego pierwszy sezon w Lidze Angielskiej (2001/ 2002) był bardzo udany. Następny zaczął się też pomyślnie, lecz później, nasz reprezentacyjny bramkarz, miał kilka wpadek. Największą zaliczył w meczu z Manchesterem United. Jamie Carragher w polu karnym zagrał głową do Dudka, jednak piłka prześlizgnęła mu się między nogami i Diego Forlan z bliska strzelił do pustej bramki. Angielskie gazety publikowały zdjęcia tej nieporadnej interwencji. Wydawcy prześcigali się w wymyślnych i drwiących tytułach. W rezultacie Jerzy Dudek został odsunięty od gry i posadzony na ławce rezerwowych. Ale to nie był koniec jego kariery. Bramkarz nie poddał się, ciężko pracował na treningach by znów osiągnąć sukces. Kiedy w sezonie 2004/2005 był odsuwany z gry, nie rezygnował, trenował wytrwale i trud się opłacił. Jerzy Dudek sięgnął, ze swoją klubową drużyną F.C. Liverpool, po puchar Ligii Mistrzów.
Gdy Jerzy Dudek przeżywał trudne chwile w swojej zawodowej karierze, piłkarze The Reds założyli koszulki z napisem: „Jurek jesteśmy z tobą”. Ta postawa była odzwierciedleniem filozofii klubu, którego hymn głosi: „Więc idź poprzez deszcz, idź poprzez wiatr – nawet, gdy twoje marzenia zostaną zniszczone i rozwiane. Idź naprzód, z nadzieją w sercu. Nigdy nie będziesz szedł sam”.
Porażki, choć tego nie chcemy, to jeden z elementów naszego życia. Wraz z nimi pojawia się zniechęcenie. Mnożą się wątpliwości: „Czy nadaję się do tego, co robię?”, „A może trzeba dać sobie spokój…”. Także w chrześcijańskim życiu i służbie pojawiają się okresy, o których wolelibyśmy zapomnieć. Przynajmniej ja tak miewam. Czasami doświadczamy „wpadek” i puszczamy „szmaty” (używając terminów piłkarskich). Wzlatujemy jak orły lecz kończymy jak krety – z nosem w ziemi.
Batalia ze zniechęceniem, które towarzyszy niepowodzeniom w różnych dziedzinach życia, jest jedną z największych bitew, jakie musimy staczać. W wirze tej batalii jakże ważna może okazać się rola innych chrześcijan, aby wrócić na „szczyt” i do miejsca użyteczności. Mnie też dane było doświadczyć pomocy przyjaznych ludzi w sytuacji osamotnienia, zniechęcenia czy frustracji wynikającej z niepowodzeń. Ich postawa była praktycznym wyrazem słów Pawła: „Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnijcie zakon Chrystusowy”. Porażka, rezygnacja, zmęczenie, słabość, niezdarność, osamotnienie, brak powodzenia, to niektóre rodzaje brzemion, które nosimy. Tekst biblijny zachęca nas, abyśmy byli gotowi zaangażować się w pomoc tym, którzy doświadczają tego typu rzeczy. Sam też potrzebuję uczyć się takiej właśnie postawy. Łatwiej krytykować niż zachęcać. Prościej drwić z niepowodzeń niż podać pomocną dłoń…
Oby w naszym życiu więcej było takich osób, które w obliczu porażek, jakie ponieśliśmy będą śpiewać nam słowa tej pieśni: „Więc idź poprzez deszcz, idź poprzez wiatr – nawet, gdy twoje marzenia zostaną zniszczone i rozwiane. Idź naprzód, z nadzieją w sercu. Nigdy nie będziesz szedł sam”. Tych słów muszę się także nauczyć, aby okazać wsparcie innym, doświadczającym bólu niepowodzenia w sprawach stanowiących treść ich życia.
sobota, 5 maja 2018
ROK DLA NIEPODLEGŁEJ
„Istnieje dysproporcja pomiędzy dużym wkładem w dorobek narodowy, a procentowym udziałem społeczności ewangelickiej w populacji narodu i kraju. Jednak świadomość społeczna tego wkładu jest bliska zeru…”.
Powyższe słowa pochodzą z referatu dr Jana Szturca „Wkład ewangelików do kultury polskiej” wygłoszonego podczas sesji naukowej pt. „Biblia od czasów Murzynowskiego do dzisiaj”, która odbyła się 5 września 2003 roku w Płocku.
Obecność ewangelików w historii Polski zaznacza się w takich dziedzinach jak: architektura, muzyka, piśmiennictwo, teatr, film, nauki ścisłe, ekonomia, przemysł, polityka czy wojskowość. Trudno znaleźć taki segment życia społecznego, w którym nie można by wskazać trwałego śladu, jaki pozostawili po sobie polscy protestanci.
We wspomnianym referacie Dr Jan Szturc wymienił też ewangelików walczących o wolną Polskę. W „Roku dla Niepodległej”, kiedy przypominamy odzyskanie przez Polskę niepodległości, po 123 latach niebytu na mapie Europy, warto obalać fałszywy stereotyp jakoby protestanci byli elementem obcym polskiej kulturze, polskiemu temperamentowi i „polskiemu duchowi”.
Ważną ostoją polskości był, rozwijający się wśród Mazurów od pierwszej połowy XIX wieku aż do II wojny światowej, ruch gromadkarski. Istotą ruchu było gromadzenie się w grupach (gromadach) na modlitwę i czytaniu Biblii. Jedną z ważniejszych postaci pośród gromadkarzy był, urodzony w Waplewie k. Ostródy, Reinhold Barcz (1885-1942). Jako wydawca i redaktor „Głosu Ewangelijnego” drukował utwory autorów polskich i wzywał do pielęgnowania mowy ojczystej. Ryszard Otello napisał (w artykule pt. „Głos Ewangelijny” (1925-1939), Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr 1, 81-90.): „Kontakty redaktora z Polską sprawiały, że autorami kazań, rozmyślań i temu podobnych artykułów byli głównie polscy księża ewangeliccy: Karol Kotula, Edward Wende, Emil Jelinek, Kazimierz Ostachiewicz, Zygmunt Michelis. Korzystano też ze współpracy świeckich publicystów ewangelickich, na przykład Romana Dulicza”. Reinhold Barcz był represjonowany przez władze niemieckie, które w 1938 r. odebrały mu paszport i tym samym uniemożliwiły mu wyjazdy do Polski. Tuż przed wybuchem II wojny światowej władze nazistowskich Niemiec oskarżyły Barcza o zdradę narodu niemieckiego i skazały na karę śmierci, która została wykonana w berlińskim więzieniu Moabit.
Piszę ten tekst z perspektywy mieszkańca małego miasta w centrum Polski, gdzie pod moim artykułem zamieszczonym na lokalnym portalu, przywołującym postać Stanisława Murzynowskiego, pojawił się taki komentarz osoby o Nicku „Antyheretyk”: „Panie Piotrze, mimo szczątkowych zasług wichrzycieli prominencji protestanckiej faktem jest, że wyrządził on (protestantyzm) więcej szkody niż pożytku, a przecież «po owocach ich poznacie». Protestantyzm to awaria cywilizacyjna. W jego akt założycielski wpisany jest rozbój, rabunek, morderstwa o prześladowania. Uprawia Pan poprawną politycznie idealizację herezji protestanckiej przedstawiając młodzieńca z Murzynowa jako miłego, nieszkodliwego idealistę”.
Nie straciłem ochoty na „uprawienie poprawnej politycznie idealizacji herezji protestanckiej”. Jestem dumny z Reformacji i jej wpływu na polskie społeczeństwo. 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości to doskonały czas, aby przypominać, że Polak to nie jedynie katolik, a wśród tych, którzy pielęgnowali polskość i odegrali znaczącą rolę w budowaniu Rzeczpospolitej byli też protestanci.
Ciąg dalszy być może nastąpi.
Powyższe słowa pochodzą z referatu dr Jana Szturca „Wkład ewangelików do kultury polskiej” wygłoszonego podczas sesji naukowej pt. „Biblia od czasów Murzynowskiego do dzisiaj”, która odbyła się 5 września 2003 roku w Płocku.
Obecność ewangelików w historii Polski zaznacza się w takich dziedzinach jak: architektura, muzyka, piśmiennictwo, teatr, film, nauki ścisłe, ekonomia, przemysł, polityka czy wojskowość. Trudno znaleźć taki segment życia społecznego, w którym nie można by wskazać trwałego śladu, jaki pozostawili po sobie polscy protestanci.
We wspomnianym referacie Dr Jan Szturc wymienił też ewangelików walczących o wolną Polskę. W „Roku dla Niepodległej”, kiedy przypominamy odzyskanie przez Polskę niepodległości, po 123 latach niebytu na mapie Europy, warto obalać fałszywy stereotyp jakoby protestanci byli elementem obcym polskiej kulturze, polskiemu temperamentowi i „polskiemu duchowi”.
Ważną ostoją polskości był, rozwijający się wśród Mazurów od pierwszej połowy XIX wieku aż do II wojny światowej, ruch gromadkarski. Istotą ruchu było gromadzenie się w grupach (gromadach) na modlitwę i czytaniu Biblii. Jedną z ważniejszych postaci pośród gromadkarzy był, urodzony w Waplewie k. Ostródy, Reinhold Barcz (1885-1942). Jako wydawca i redaktor „Głosu Ewangelijnego” drukował utwory autorów polskich i wzywał do pielęgnowania mowy ojczystej. Ryszard Otello napisał (w artykule pt. „Głos Ewangelijny” (1925-1939), Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr 1, 81-90.): „Kontakty redaktora z Polską sprawiały, że autorami kazań, rozmyślań i temu podobnych artykułów byli głównie polscy księża ewangeliccy: Karol Kotula, Edward Wende, Emil Jelinek, Kazimierz Ostachiewicz, Zygmunt Michelis. Korzystano też ze współpracy świeckich publicystów ewangelickich, na przykład Romana Dulicza”. Reinhold Barcz był represjonowany przez władze niemieckie, które w 1938 r. odebrały mu paszport i tym samym uniemożliwiły mu wyjazdy do Polski. Tuż przed wybuchem II wojny światowej władze nazistowskich Niemiec oskarżyły Barcza o zdradę narodu niemieckiego i skazały na karę śmierci, która została wykonana w berlińskim więzieniu Moabit.
Piszę ten tekst z perspektywy mieszkańca małego miasta w centrum Polski, gdzie pod moim artykułem zamieszczonym na lokalnym portalu, przywołującym postać Stanisława Murzynowskiego, pojawił się taki komentarz osoby o Nicku „Antyheretyk”: „Panie Piotrze, mimo szczątkowych zasług wichrzycieli prominencji protestanckiej faktem jest, że wyrządził on (protestantyzm) więcej szkody niż pożytku, a przecież «po owocach ich poznacie». Protestantyzm to awaria cywilizacyjna. W jego akt założycielski wpisany jest rozbój, rabunek, morderstwa o prześladowania. Uprawia Pan poprawną politycznie idealizację herezji protestanckiej przedstawiając młodzieńca z Murzynowa jako miłego, nieszkodliwego idealistę”.
Nie straciłem ochoty na „uprawienie poprawnej politycznie idealizacji herezji protestanckiej”. Jestem dumny z Reformacji i jej wpływu na polskie społeczeństwo. 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości to doskonały czas, aby przypominać, że Polak to nie jedynie katolik, a wśród tych, którzy pielęgnowali polskość i odegrali znaczącą rolę w budowaniu Rzeczpospolitej byli też protestanci.
Ciąg dalszy być może nastąpi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












